Media obywatelskie a służby specjalne
Media obywatelskie a służby specjalne
Mniej więcej osiem lat temu byłem z jedną z pierwszych moich wizyt w Kaliningradzie. Była to naprędce zwołana konferencja, mająca być reakcją na decyzję Unii Europejskiej o włączeniu Polski w jej szeregi. Konferencja zebrała kilkudziesięciu przedstawicieli organizacji pozarządowych z całej Europy. Byli również politycy rosyjscy, w tym przedstawiciel Prezydenta Putina ds. Kaliningradu. Pamiętam, że towarzyszyło im wiele mediów, ale też ochrona.
Jak zwykle w takich przypadkach, wyłożyliśmy w holu konferencyjnym „Pozarządowca” [red. pismo organizacji pozarządowych województwa warmińsko-mazurskiego]. W końcu na promocję zawsze jest dobry czas. Nie minęła dłuższa chwila, gdy do jednego ze stołów podszedł Pan w prochowcu, a jeden z „Pozarządowców” zniknął w jego kieszeni. W ten oto sposób typowo obywatelska gazeta spotkała się z typowo nieobywatelskim zainteresowaniem. Nie było to jednak jedyne niezwykłe spotkanie „Pozarządowca”. Bo cóż widzę za chwilę. Ten sam Pan podchodzi do stolika obok, przygląda się innej gazecie, po czym i ją – hops do kieszeni! Zaintrygowany podszedłem do tego stolika – cóż mogło dorównać takiemu powodzeniu „Pozarządowca” wśród służb w prochowcach? Patrzę, a to gazeta „Trzeci sektor bez granic” – taką samą nazwę nosiło to, pierwsze zresztą, rosyjskie wydanie „Pozarządowca”. Zbieżność nazw zaintrygowała mnie, a zainteresowanie służb utrwaliło pamięć o „współtowarzyszu niedoli” „Pozarządowca”. Znając życie, nieźle musieli tam maglować oba egzemplarze i aż ciekawe, co z nich zostało? Ale ponieważ życie nie znosi próżni, ukazały się następne numery „Pozarządowca” w języku rosyjskim. Był to efekt współpracy, którą podjęliśmy z Kaliningradzkim Centrum Wspierania Inicjatyw Pozarządowych, wydawcą „Trzeciego sektora bez granic” (jak się później okazało, był to bodajże pierwszy numer tego pisma, tak jak pierwsze rosyjskojęzyczne wydanie „Pozarządowca”).
W spotkaniu pełnym dziwów nad dziwy nie zabrakło więc symboliki. O ile ze spotkania nie pamiętam wiele – poza głosowaniem nad naprędce wymyśloną rezolucją (o treść nie pytajcie, utknęła w mrokach niepamięci i nieistotności) i autobusem pełnym przedstawicieli organizacji z całej Europy, jadącym w konwoju policyjnym przez miasto jak co najmniej prezydent, o tyle wspólne działania obu pism na długo wpisały się we współpracę naszych organizacji. Służby połączyły nas – może nie na wieki, ale na ładnych kilka lat. Współpraca ta nie była może zbyt intensywna, ale nie można też jej nazwać zdawkową. Cele obu organizacji były bowiem podobne – budowa społeczeństwa obywatelskiego poprzez wzmocnienie sektora pozarządowego. To co nas wyróżnia, ale i łączy zarazem, to używanie mediów obywatelskich jako jednego z narzędzi pracy.
Współpraca „gazetowa” szła więc sobie swoim torem – tam artykuł, tu informacja, po drodze wspólne wydanie obu gazet. Był to tor wyrównany – obie organizacje robiąc swoje, uzupełniały się i wzbogacały swoją ofertę. Ale były też inne płaszczyzny współpracy medialnej – nasze stowarzyszenie zaczęło bowiem tworzyć Telewizję Obywatelską. Tworzyli ją – teraz weterani i wytrawni zjadacze dziennikarskiego chleba, a wtedy pełni zapału – młodzi jeszcze ludzie. To było coś nowego nie tylko dla naszych przyjaciół Rosjan, ale też dla nas samych – w końcu może ktoś słyszał o telewizji pozarządowej, i to w wydaniu najpewniej niemieckim, ale żeby ktoś ją widział? I to w Polsce? Wtedy też padł pomysł – przekażmy nasze doświadczenia partnerom. Młodzież zawsze była w obszarze ich zainteresowania, zaraz więc znalazło się wielu zainteresowanych tą nową dziedziną. Pamiętam tych ludzi – młode Rosjanki (dla sprawiedliwości było tam też kilku młodych Rosjan, ale pamiętam tylko jednego; trzeba przyznać, że miał niezłą głowę) zachwyconych ideą dziennikarstwa, ale też frajdą, jaką daje praca z kamerą. Efektem ich pracy była krótka etiuda filmowa; powstał też film o Kaliningradzie, mieście „kontrastów”, stworzony przez młodych Polaków z wypowiedziami przede wszystkim młodych Rosjan.
Po co o tym wszystkim piszę? Sam nie wiem, poprosili – to z wrodzonej uprzejmości nie odmówiłem. A tak na serio – medialna współpraca obu organizacji jest dla mnie doskonałym przykładem tego, jak można wpływać nie tylko na społeczność lokalną, ale też na poszczególnych ludzi. Pamiętam młodziutką dziewczynę, Rosjankę, która powiedziała, że dzięki otarciu się o nasze media podjęła decyzję, co chce dalej robić w życiu – być dziennikarką. Pamiętam też młodych ludzi z Polski, którzy pierwsze kroki dziennikarskie stawiali u nas, a teraz bądź w mediach pracują, bądź nadal mają z nimi wiele wspólnego.
Podziwiam też determinację naszych partnerów w medialnych bojach – mimo że często nie mieli środków na wydanie gazety, robili to swoim „sumptem”. Teksty pisali społecznie, gazetę drukowali, jeśli udało się zdobyć środki, lub – o ile dobrze pamiętam – powielali na ksero. Jest to wymierny dowód na to, iż media mogą łączyć, bardzo pomóc i nie trzeba niebosiężnych środków, żeby je uruchomić. A do powiedzenia ciągle mają wiele, zwłaszcza tego, czego nie podają media komercyjne – dlatego pewnie do tej pory cieszą się zainteresowaniem nie tylko zwykłych zjadaczy chleba, ale i służb w prochowcach i krawatach.
--
Bartłomiej Głuszak, pseudonim „Bartek”













