Nie bój się punka
Nie bój się punka
Ziny, fanziny, punkziny… Z mainstreamowego punktu widzenia postrzegane jako nieprofesjonalne, nieatrakcyjne, często obrazoburcze. Jest w nich jednak coś niezwykłego – treści, które nigdy nie znajdą się w głównym nurcie mediów, a które świadczą o olbrzymiej aktywności i świadomości przedstawicieli niszowego, ale wciąż obecnego w młodzieżowych i nie tylko środowiskach nurtu punk i hardcore.

Wydawane własnym nakładem, niezależne, jak tylko niezależnym być można, najczęściej nieregularnie, dystrybuowane w niewielkich ilościach, z nielicznymi wyjątkami tylko w niezależnym obiegu i w niewielkiej ilości (od kilku do kilkuset egzemplarzy) ziny to sól alternatywnej kultury. Tu nie ma struktur organizacyjnych zajmujących się kolportowaniem, drukowaniem, zbiórką środków. Kolportaż odbywa się głównie na koncertach, za pośrednictwem forów internetowych, czy po prostu podczas przyjacielskich spotkań.
Pierwsze polskie fanziny powstały już w latach 1978/79. Były to poetycko-punkowe gazetki: "Pasażer" i "Zjadacz Radia 84", redagowane i wydawane przez Jacka "Lutra" Lenartowicza. – animatora wczesnej gdańskiej sceny punkowej i założyciela legendarnego dziś zespołu Deadlock. Z czasem sporą sławę zyskał „Azotox”, wydawany przez środowisko związane z legendarnym już za życia zespołem Dezerter. Ich wspólną ideą był bunt nie tylko wobec oficjalnej propagandy państwa, jak to miało miejsce w przypadku drugiego obiegu, ale także, a może nawet przede wszystkim wobec całego głównego nurtu kultury reprezentującej tradycyjne wartości. W zinach negowano nie tylko ideologię narzucaną przez komunistyczny reżim. Po 1989 roku demokratyczny system również nie spotkał się ze szczególną sympatią punkowych środowisk, które podważały fundamenty całego społeczeństwa. To miejsce poza oficjalną kulturą każdy mógł wypełnić własną twórczością. Język tej literatury, często celowo niedbały, bezpośredni, wręcz brutalny czy wulgarny był bliski ekspresji młodych ludzi i, co niezwykle ważne, służył opisywaniu rzeczywistości kompletnie nieobecnej w mainstreamowym dyskursie.
DIY
Do it yourself – zrób to sam – to określenie w środowisku hardcore i punk nie wiąże się w żaden sposób z legendarnym Adamem Słodowym i jego popularnymi programami o majsterkowaniu. To idea samodzielnego kształtowania kultury, namacalnie przejawiająca się samodzielnym, bez pomocy sponsorów czy innych dobrych wujków, organizowaniem koncertów, wydawaniem zinów, nagrywaniem i tłoczeniem płyt, ręcznym malowaniem czy nadrukowywaniem naszywek i koszulek.
Pojawiła się w latach 80-tych XX wieku wraz z drugą falą zespołów wywodzących się z ruchu punk, krytycznych wobec establishmentu niezależnie od jego ideologii, mocno zaangażowanych w ruchy wolnościowe, ekologię, wegetarianizm, często bliskich ideologii anarchistycznej, w wielu wypadkach propagujących ascetyczną postawę straight edge. Edytowane i wydawane w amatorski sposób ziny stały się nośnikiem nowych idei związanych z ruchem punk i hardcore. O ekologii i wegetarianizmie pisały wtedy, gdy media głównego nurtu traktowały je jak niegroźne dziwactwo. To dzięki zinom właśnie rozpowszechniła się akcja „food not bombs” – darmowe rozdawanie ciepłych, wegetariańskich posiłków potrzebującym – bez fanfar i żadnej pomocy, z własnych środków i z potrzeby serca. Ziny stały się przekaźnikiem idei nieobecnych w głównym dyskursie, a także niepopularnych opinii dotyczących codzienności – religii, polityki, spraw społecznych.
W tych czasach swoje wydawnictwa miały już praktycznie wszystkie szanujące się punkowe załogi, z tymi z niewielkich miasteczek włącznie. Część z nich osiągnęła z czasem taki poziom merytoryczny i edytorski, że wręcz trudno było określić je jeszcze mianem zina. Takie tytuły to np. nieistniejące już QQRYQ czy ukazujący się do dziś i obecny nawet w EMPiKach Pasażer. Te złote czasy zmieniło rozpowszechnienie Internetu – elektroniczna forma była o wiele tańsza, zapewniała też szeroką dystrybucję. Jednak tęsknota za szeleszczącym i pachnącym farbą drukarską papierem sprawiła, że mamy właśnie do czynienia z powrotem realnej, a nie wirtualnej formy tych wydawnictw. Wraca część starych tytułów, jak np. Bunkier, pojawiają się jak grzyby po deszczu nowe – np. Liberation, Scenowy Dzielnicowy czy Ściana Wschodnia.
--
Piotr Pniewski













