Wolna prasa, wolni ludzie…
Wolna prasa, wolni ludzie…
To był 1982 rok. Byłem ledwie nastoletnim odrostkiem, gdy w jesienny, dżdżysty wieczór mój ojciec rozparł się w fotelu pogrążony w lekturze „Zniewolonego umysłu” Miłosza. Pokój był pogrążony w półmroku, tylko drobny i niewyraźny, podobny do maszynowego druk oświetlała stojąca lampa. Zaskrzypiały drzwi, bez pukania wtoczył się do naszego mieszkania sąsiad, dwumetrowy dryblas o słusznej budowie. Sąsiad nie sąsiad, ale, psiakrew, milicjant.
”SB zainstalowała sprzęt podsłuchowy w żłobku nr 62 na ulicy Lwickiej w Warszawie. Inwigilacja prowadzona jest od 6.00 do 21.00. Esbecy w samochodzie WIK 1905” CDN GWR, 1986, nr 144
- A, przyłapałem sąsiada! – tu na ojca padł blady strach. – Czytacie sobie!
Na szczęście kompletnie nie zainteresowało go, cóż to ojciec czyta. Sam fakt tracenia czasu na lekturę przez inteligencika nauczyciela zdumiał ówczesnego stróża komunistycznego prawa. Gdyby zaczął wnikać, jakiego rodzaju lekturze poświęca czas mój tata, mógłby narobić nam niezłych kłopotów. Tym bardziej, że ten zbiór esejów nagrodzonego przed niecałymi dwoma latami noblisty nie był jedynym bezdebitowym wydawnictwem w naszym domu.
„Funkcjonariusze gorzowskiej SB zatrzymali 18.01.1987 r. Stefanię Hejmanowską i w czasie rewizji zakwestionowali przepis na babkę czekoladową” Feniks, 1987, nr 137
Hmmm… Młody czytelnik zapyta – bezdebitowym? O co chodzi? Chodzi o to, że nie miały zgody cenzury, ba, ich wydawcy nie mieli najmniejszego zamiaru o taką zgodę się starać. Bo służyli prawdzie, a nie koncesjonowanym przez komunistyczny reżim kłamstwom. Te książki i prasę wydawały w latach osiemdziesiątych głównie ugrupowania ówczesnej opozycji politycznej związanej ze związkiem zawodowym „Solidarność". W rzeczywistości zatęchłej od fałszu i propagandy ich lektura stanowiła haust świeżego powietrza, dawała kęs wolności obywatelskich, prawa do głoszenia własnych poglądów, wolności słowa i rzetelnej informacji.
„Zapis krakowskiej cenzury (grudzień 1985 r.) obejmował przymiotnik „święty” przy imieniu Mikołaj” Biuletyn Wojenny, 1986, nr 54
Kilka miesięcy przed niespodziewaną wizytą sąsiada milicjanta przejechaliśmy się z ojcem do Gdańska. W telewizji umundurowani spikerzy dziennika trąbili na okrągło o postępującej normalizacji i likwidacji bojówek czyhającej na wolność i życie porządnych obywateli wrażej Solidarności. Faktycznie, udało się to, o czym mówili, o ile tzw. lodówy co krok, opancerzone transportery i cywili przemykających się cichcem pomiędzy odzianymi w moro patrolami ZOMO można uznać za normę. W sumie i tak dał się odczuć pewien postęp. Nie potrzebowaliśmy przepustki, by gdziekolwiek wyjechać.
„W komendzie MO przy ul. Wilczej w Warszawie w jednym z pomieszczeń wisi portret „młodego zucha z MSW” Grzegorza Piotrowskiego. Jednemu z petentów, którego na ten widok dosłownie zatkało, dyżurny milicjant wyjaśnił: „Wy sobie wieszacie Popiełuszkę, to my Piotrowskiego” Tygodnik Mazowsze, 1986, nr 161
Oficjalne media starały się jak mogły, by zwykłym ludziom zrobić kaszę z mózgu. Często z powodzeniem. Jednak po Sierpniu 1981 roku wystąpiły pierwsze rysy w monopolu informacyjnym PRL. Zaroiło się od często nieregularnych, czasem jednorazowych podziemnych wydawnictw prasowych. Co ważne, jedynym celem ich autorów i wydawców było przekazanie ogłupiałym czasem od oficjalnej propagandy ludziom najzwyklejszej prawdy. Ta prawda niejednemu otworzyła oczy. Odważni ludzie ją głoszący sprawili, ze dziś żyjemy w kraju może nie do końca doskonałym, ale gwarantującym nam podstawowe wolności. Za to, bez względu na to, czym się teraz zajmują, po której stronie politycznej barykady teraz stoją, należy się wieczny szacunek i uznanie.
--
Piotr Pniewski













